Chciałabym się podzielić swoim świadectwem o tym jak bardzo w ostatnim czasie Bóg dotknął mojego serca i zrozumiałam, że nie ma rzeczy, których ja nie jestem w stanie pokonać.
Zacznę od początku. Mam w tym roku dwadzieścia lat, od zawsze byłam wierząca, ale nikt mi nigdy tej wiary nie narzucał, nie zmuszał do uczęszczania na religię i do kościoła etc. Wszystko wyszło tak po prostu, od zawsze czułam obecność Boga. Przychodziły momenty, gdy „zapominałam” o Bogu, głównie przez środowisko, w którym się otaczałam. Moje ostatnie 3 lata życia to totalny rollercoaster emocjonalny i życiowy, głównie momenty przykre. Nieudany związek, problemy w domu i osobiste zagubienie, śmierć jednej z najważniejszych osób w moim życiu. Totalnie się w tym pogubiłam w pewnym momencie i nie umiałam znaleźć wyjścia. Jakoś około dwa miesiące temu po zakończeniu toksycznego związku, poczułam ulgę i jednocześnie coś mnie natchnęło, aby sięgnąć do Pisma Świętego. Od tego się zaczęło, potem uczestnictwo w niedzielnej mszy zamieniło się w uczestniczenie praktycznie codziennie + adoracja i inne okoliczności. Z każdym dniem czułam jak ciężar z moich barków zostaje zabierany, moje natrętne myśli, z którymi się zmagam zaczynają znikać, a ja z chęcią wstaje każdego dnia dziękując Bogu za kolejny dzień, gdy kilka miesięcy temu nawet nie wiedziałam, czy podołam. Zaczęłam łączyć kazania w kościele z moim życiem i naprawdę dużo mi się rozjaśniło.
Czuję się teraz jak człowiek, któremu Jezus przywrócił wzrok. Triduum i święta Wielkanocne napełniły mnie ogromną nadzieją, to były pierwsze święta, które tak bardzo duchowo przeżyłam i co najważniejsze wyniosłam z nich naukę. Wierzę, że powróciłam na drogę, która jest mi zapisana. Miałam dużo niepewności, lęku, mnóstwo nieprzespanych nocy, koszmarów i strachu. Nagle to wszystko znikło, a ja czuję jakbym urodziła się na nowo.